Szczęście

Wypatrujemy miejsca,
gdzie moglibyśmy usiąść i odpocząć-
powietrze jest ciężkie i lepkie.
Gdy jesteśmy już w lesie, blisko wody
odurza nas zapach wilgotnej ziemi.
Spotykamy człowieka na skuterze-
mówi, że pilnuje wody i pozwala nam iść ścieżką,
zamkniętą dla innych
Ciężar plecaka sprawia, że przyśpieszam,
do sandałów wpadają mi ostre kamyki
i ziarnka piasku.
Doskwiera mi upał, więc wchodzę do
płytkiej, ale czystej wody.
Chcesz, żebym się wytarł,
odpowiadam, że wyschnę, idąc.
Kontynuujemy wędrówkę.
Decydujemy się skrócić drogę,
natrafiamy jednak na krzaki i głęboki rów z wodą,
przez przypadek rozdeptujesz mrowisko
i masz niezadowoloną minę.
Musimy pójść dłuższą drogą.
Ze współczuciem patrzę na bąble
po ukąszeniach owadów na Twoich nogach,
podaję Ci gałązkę, żebyś mogła odganiać
muchy i komary.
Pod wieczór znaleźliśmy w końcu dla siebie nocleg
na wspaniałej, dopiero skoszonej łące-
teraz możemy rozbić namiot.
Próbujemy czy miejsce jest dostatecznie równe do spania,
przesuwamy namiot kilka razy,
gdy miejsce jest odpowiednie,
ty przygotowujesz dla nas to,
co potrzebne jest do spania,
a ja zbieram drewno na ognisko.
Mając już wszystko gotowe do biwaku,
wchodzimy do rzeki:
najpierw ja, później ty.
Pływamy razem, w miarę szybko,
żeby się rozgrzać w zimnej wodzie,
po kąpieli, wycieramy się jednym ręcznikiem.
Rozpalam ognisko sosnowymi szyszkami,
płomienie strzelają w górę,
pieczemy chleb z żółtym serem i kiełbasy.
Później pójdziemy brzegiem rzeki,
patrząc w niebo, będziemy szukać na nim gwiazd.

Advertisements

dzikie kwiaty

Gdy przyszedłem do Ciebie po raz pierwszy, światła ulic mętne były i ciężkie od mgły, a na ścieżkach i chodnikach walały się suche liście jak niedopałki jesieni. W pokoju na łóżku leżały dodatkowe koce. W szafie, w jakimś łatwo dostępnym miejscu, ciepłe swetry gotowe były przyjąć kogoś, kto by ich potrzebował. Ludzie na przystankach spowici oparem swoich oddechów czekali na autobusy i tramwaje, nie bardzo wierząc w jakąkolwiek zmianę, a wszystkie medialne wiadomości tylko potwierdzały tę niewiarę. Czas zmatowiał, zgęstniał, zaczął istnieć w zupełnie innej formie podobnej do lodu w kałuży – zatrzymał się i stał się bardzo kruchy.

Gdy świat wykonał pół obrotu wokół ścieżki prowadzącej do Ciebie, dojrzewające kłosy zbóż już tak nie dziwią, nie dziwi zapach ziół, nie dziwi kolor chabrów i maków. Idziemy obok siebie, a czas jak ścieżka albo rzeka i wypowiedziane słowa wpadają do zielonego jeziora, by stać się jeszcze bardziej czyste. Sfotografuje jeszcze dzikie kwiaty na Twojej sukience, a gdy zapadnie zmrok wrócimy do domu, trzymając się za ręce. Obiecujemy sobie biały obrus i chleb z oliwą. Każda chwila smakuje nam winem- czerwonym jak kwiaty na Twojej sukience.

droga

Na skraju drogi oparty o drzewo, siedział chłopiec. Przez półprzymknięte oczy obserwował jak złote promienie wiosennego, popołudniowego słońca prześwietlają przez liście starych dębów, lip i jesionów. Obok pogrążanego w półśnie chłopca czuwał pies. Niewielki, kędzierzawy, czworonożny przyjaciel cierpliwie czekał. Jego kudłate uszy wsłuchane w tajemnicze szepty lasu, badały każdy dźwięk daleki i bliski; zawieszony wysoko w koronach najwyższych drzew, trzepot owadzich skrzydeł albo szelest biegnących żuków po pachnącej ziołami ziemi. Pod zamkniętymi powiekami jego brązowe, psie oczy widziały wszystko, co pełza, biega, fruwa i chodzi. Słyszał też bardzo wyraźnie, miarowe i spokojne bicie serca siedzącego obok przyjaciela.
Chłopiec spojrzał na drogę, którą wędrowali i coś sobie przypomniał. Jego serce przyśpieszyło, spojrzał na swojego psa, ten podniósł kudłaty łeb, czekając w napięciu na słowo, którego się spodziewał.
– Idziemy piesku, to już całkiem niedaleko
‘Idziemy’ to słowo klucz. Wypowiadane w odpowiedni sposób otwierało furtki na nieznane ścieżki, dawało możliwość poznawania tego, co jeszcze nieodkryte, wiązało się też z przyjemnym zmęczeniem, którego każdy z nich tak bardzo potrzebował.
Tuż przed zachodem słońca dotarli na miejsce, które doskonale znali. Przez całą wiosnę i lato poprzedniego roku chłopiec pomagał ojcu przy budowie kamiennego mostu, a teraz znów mogą tu być i cieszyć się jego widokiem. Obaj wbiegli, na spinające skaliste brzegi dzikiej, górskiej rzeki, przęsło budowli.
Stali tam przez chwilę, wpatrzeni w bystry nurt kryształowo czystej rzeki, gdy zza zakrętu wyszły dwie roześmiane kobiety. Obie niosły kosze pełne kwiatów, o których istnieniu chłopiec nawet nie wiedział. Zbliżyły się do wędrowców, jedna z kobiet, łagodnie spojrzała chłopcu w oczy, unosząc smukłą, małą dłoń na powitanie.
-Dokąd to chłopcze wędrujesz ze swoim kudłatym przyjacielem? – spytała, nie wypuszczając dłoni chłopca ze swojej.
-Idę na spotkanie z ojcem – odpowiedział chłopiec szczęśliwy z powodu spotkania, które wydało mu się czymś niezwykłym niemal nierealnym.
-Kim jest twój ociec? – spytała druga nieznajoma.
-Jest budowniczym, pracował przy budowie tego mostu, a teraz pracuje przy odbudowie starego zamku, idę, żeby mu pomagać, tylko jeszcze nie bardzo znam drogę.
-A gdzie jest ten zamek?
-Niedaleko Starego Lasu, na skale przy Czterech Źródłach – wyrecytował chłopiec z pamięci.
-Znamy to miejsce, możemy was tam zaprowadzić.
-Dziękuje, to miło z pani stony – odpowiedział chłopiec, opuszczając wzrok.
Mały piesek siedział na skraju mostu, obserwując smukłe ciała pstrągów. Te podpływały tuż pod powierzchnię wody, po czym rzucały się z pluskiem na jakiegoś owada i ginęły gdzieś w głębinie kryształowo czystej rzeki. Gdy chłopiec zniknął za zakrętem po drugiej stronie rzeki, pies wstał, otrząsnął się i pobiegł w jego kierunku.
Zbliżywszy się na skraj Starego Lasu, chłopiec ścisnął mocniej dłoń nieznajomej, kręciło mu się w głowie, nie wiedział dokładnie z jakiego powodu, może to od zapachu ziół w koszyku -pomyślał. Z jego oczu popłynęła mała, przeźroczysta łza.




pochodnie

W szopie, obok zbudowanej z kamienia stodoły, miał swój warsztat: palenisko i miech na środku, nieco dalej dwa kowadła. Przy ścianie, tam, gdzie wisiały narzędzia, głównie szczypce, punktaki, młotki, stała skrzynia, do której klucz nosił zawieszony na szyi.

Siedział przez chwile w ciszy na drewnianym zydlu, wpatrzony jak poranne mgły unoszą się nad lesistym wzgórzem, skąd biegła droga do miasta. Kilka dni temu drogą tą przybył jeździec, obdarty, wyczerpany, z zapadniętymi policzkami i płonącymi oczyma. Zsuną się z mokrego od potu konia i upadł przed nim, tracąc świadomość. Kowal skiną na swoich pomocników. Gdy czeladnicy nieśli jeźdźca do chaty, rozcieńczył wodę z winem i sam wszedł do środka. Pochylił się nad przybyszem i podał mu pić. Nieznajomy otworzył oczy, patrzył przez chwilę zdumiony, potem zbliżył spękane usta do dzbana i z trudem przełkną kilka łyków. Uniósł się nieco, zaciskając palce na ramieniu kowala.

-Panie, król was potrzebuje. Powiedział słabym głosem, zwolnił uścisk i opadł na posłanie, zapadając w głęboki sen.

Kowal jeszcze raz spojrzał na wzgórza, wiedział, że wkrótce będzie musiał wyruszyć. Miecz był prawie gotowy, leżał teraz na stole, dzisiaj go jeszcze naostrzy i wypoleruje, przygotuje pas z bydlęcej skóry i kilka rzemieni. Ludzie z lasu czekają na sygnał, by ruszać w drogę. Zawczasu przygotowano wozy z bronią i prowiantem, naprawiono końskie uprzęże. Żeby połączyć się z wojskami króla, będą musieli przebić się przez linie wroga, który właśnie zacieśniał pierścień oblężenia wokół miasta. Zastanawiał się, czy przeżyje, jeśli tak, znów spotka się z kobietą, którą kocha.

Mgła na nad lasem rozproszyła się, chmury na niebie jakby przyśpieszyły, odsłaniając łaty błękitnego nieba. Kowal ocknął się z zamyślenia, wstał i podszedł do paleniska, kazał stojącemu obok chłopcu dąć w miech. Chwile potem uderzał jednostajnie w żarzącą się sztabę gorącego żelaza. W powietrzu zapalały się iskry, odbijając swój blask w jego twarzy i na spoconych ramionach.


Miasto za Rzeką

Starzy ludzie mówią, że w mieście po drugiej stronie rzeki świat wygląda inaczej. Na ulicach nieprzerwanie słychać muzykę, ładnie ubrane kobiety i eleganccy mężczyźni nieustannie tańczą, śmieją się i są szczęśliwi. Jedzenia im nigdy nie brakuje i jest ono bardzo smaczne i syte. Latem na niebie zawsze świeci słońce, a zimą wcale nie jest zimno. Domów i mieszkań nikt nie zamyka, bo wszyscy wszystko mają i nie trzeba kraść, żeby coś mieć. Nie ma tam biedaków, a ludzie są dobrzy i chętnie dzielą się tym, co sami posiadają z innymi. Są tam też wspaniałe ogrody i drzewa, na których rosną najsmaczniejsze owoce i każdy może sobie zerwać tyle, na ile ma ochotę. Jeśli ktoś zachoruje, to łatwo jest wyleczyć każdą chorobę, bo ludzie są tam mądrzy i wszystko potrafią. Nikt też nie narzeka, no bo nie ma zupełnie na co.
Kiedyś zapytałem starego człowieka, dlaczego nigdy tam nie pojechał. Ten, zanim odpowiedział, spojrzał na mnie i sam zapytał:
-Widziałeś kiedyś taką starą, rosochatą wierzbę rosnącą na rozstaju dróg?
-Całkiem możliwe. A czemu pytacie?
-Gdy ludzie idą do Miasta za Rzeką, mijają tę wierzbę i jakby z kimś tam gadają
-Z kim gadają?
-Z diabłem chyba albo może pijakiem
-I co dalej?
-Ten diabeł albo pijak tak miesza tym ludziom w głowie, że albo zapominają dokąd idą, albo mijają Miasto za Rzeką, w ogóle go nie zauważając.

Strażnik nocy

Zdaje się, że w tej ciszy mogę usłyszeć echo moich myśli. Słowa mówione do siebie w samotności brzmią obco i nieprawdziwie, jakby mowa ta była całkiem zmyślona, istniejąca tylko w mojej głowie. Wypowiedziane słowo ‘niepewność’ echo powtarza kilka razy, potem gubi gdzieś w ciemności.

Z mroku wyłania się ścieżka. Idę wzdłuż starego, kamiennego muru z góry spadają na mnie duże krople deszczu, które delikatne podmuchy wiatru strącają z liści starych dębów. Ścieżka lekko wznosi się ku górze, tam dalej widać już zarys domu. Zatrzymuję się na progu, nadsłuchuję, waham się przez chwilę, naciskam jednak klamkę, drzwi są otwarte. W środku jest ciemno, ale nie potrzebuje światła, znam ten dom. Idę po drewnianych schodach na górę, otwieram kolejne drzwi. Wyciągam ręce przed siebie, odnajduje stół, krzesło, drewniane łóżko. Kładę się z wielką ulgą, w ciszy słychać tylko bicie serca. Niepotrzebne myśli i słowa znikają, zostaje tylko jedno słowo: ‘zostań’ powtarzam je sobie kilka razy, potem zasypiam.

Znowu jesteśmy w ogrodzie, obserwuje jak wybierasz swoje ulubione kwiaty. Podchodzę bliżej, prosisz, żebym nic nie mówił, trzymając mnie za rękę prowadzisz do drewnianej furtki, której wcześniej tu nie widziałem, z szyi zdejmujesz srebrny klucz.

Szkło

Słońce rozbite na tysiąc, połyskuje w błękitno-zielonej powierzchni wody. Wbita w skały zatoka jeziora z granicznym pasem pokruszonych kamieni, piachu i szlabanem pnia powalonego drzewa-chcę przekroczyć tę granice. Wsuwam stopy pod wodę, robię jeden krok potem drugi. Kolana i biodra znikają pod powierzchnią, promienie Słońca łamią mi ciało na pół, brzeg gwałtownie opada, głębia jak nieskończoność przeraża i pociąga. Ramiona, tors, głowa i szyja jest już pod wodą, otwieram usta, wypuszczam powietrze, świat stał się miękki, matowy, zielony. Ciało bez śladu wcześniejszego załamania, jego granica jeszcze nie znika, staję się jednak nieostra, dryfuje, interferuje, wzmacnia się, potem wygasza. Chłód przenika mięśnie, ścięgna, żyły, kości, rozluźniam palce rąk. Kula płynnego światła nade mną staje się mniejsza, mała, aż w końcu zamienia się w punkt.

Schodzisz do mnie z góry, machasz ręką, mówisz, żebym wyszedł, bo nie ufasz tej wodzie, że to jezioro jest jakieś dziwne. Idę do ciebie. Ostre kamienie wbijają mi się w stopy, przechodzę przez pień powalonego drzewa, dalej jest już rozgrzany od słońca piasek. Podchodzisz, obejmujesz mnie, ociekam wodą.

Po drugiej stronie jeziora nieruchomieje czyjeś spojrzenie, przykryte falą, opada na dno.

124cm3

Zmontowany z czarnego metalu, chłodzony powietrzem, wydech z prawej strony, puste miejsce dla pasażera, zegar z liczbą obrotów na minutę, automatyczny włącznik świateł, aluminiowe felgi, wskaźnik paliwa.
Przekręcam kluczyk, naciskam starter, nagrzewam silnik, potem sprzęgło i kliknięcie pierwszego biegu. Domy, drzewa, chmury ze słońcem, cały horyzont ruszają, wibrując i podskakując na nierównej drodze. Otwieram przepustnicę, płynny ogień płynie w gumowych żyłach do serca silnika, tam eksploduje nagłym przyśpieszeniem. Zegar ilości obrotów jest teraz moim pulsomierzem. Na zakrętach przechylam oś świata raz w prawą, raz w lewą stronę.
Pęd powietrza jak uderzenie nagłego szaleństwa sprawia, że zmysły mam wyostrzone do granic piątego biegu. Staje się odległością punktu A do punktu B, celem, do którego dojeżdża się zawsze zbyt wolno, krajobrazem, którego nic nie może zatrzymać, ułudą horyzontu na styku nieba i ziemi.

Jestem uwięziony w 124 cm3 pojemności silnika mojego motoru.

Fasady

Sugerując się jakąś zewnętrzną formą albo jakimś przejściowym stanem, można by stwierdzić, że świat, który mnie otacza, jest pusty, zimny, złowrogi, oddzielony i oddzielający od wszystkiego, co warte poznania i osobistego przeżycia. Prawdziwa rzeczywistość niezmącona żadną iluzją nie tylko nie jest złowroga, ale wręcz zachęca do poznawania i odkrywania każdego aspektu naszego życia.
W tym z pozoru niegościnnym środowisku szukam takiego doświadczenia, które definiuje i określa siebie nie za pomocą podlegającej nieustannym zmianom powierzchni, ale stałej i niezmiennej głębi. To, co prawdziwe i doskonałe pozostaje niezmienne- taka jest moja wiara, zmienne jest moje położenie wobec tego, do czego dążę -takie jest moje doświadczenie.
Istnieje na tym świecie nie po to, by się zgubic, ale odnaleźć. Odnaleźć siebie i przybrać nowa dojrzalsza formę. Zainicjować proces wewnętrznej przemiany, który wchodząc w starą spękaną świadomość, wytworzy nowe, mocne struktury otwarte na niezmmienną nieskończoność